pisząc to narażam się a w zasadzie dokonuje świadomego ekshibicjonizmu, czasem tak trzeba
myśli lepiej przelac na ekran, bo wyczerpał się głos
w sumie bloog, to jakaś forma intymności
zaczęło się rok temu
w mieszkaniu niespodziewanie, pojawił się On
czworonożny, wyniszczony, zagłozony mężczyzna
nadaliśmy mu na imię Karmel, bo taką miał miejscami sierśc;
w tym, co pisze najbardziej boli czas przeszły
okazał się byc około 15 nastoletnim seniorem
prawdopodobnie bitym, pozostawionym samemu sobie, ze zjedzonymi zębami, problemami skórnymi
przybył i zagościł
czas wspólnej egzystencji nie był łatwy
poranne spacery, zimą, latem, deszczem, mrozem, pluchą
nie raz wstawałem wkuzrony, idąc zaspany z rozczochranym włosem klnąc wszytsko dookoła
przyznaje szczerze
swoistym urozmaiceniem spacerów, tych porannych i dniowych było sprzątanie korytarzy i windy, bo Karmel, tak nie zawsze mógł nie nasikac
w końcu wpadliśmy na patent z puszką, którą mu podstawialiśmy
spaceroewaliśmy więc we czwórkę, lub trójkę
obaj z Karmelem i puszką w dłoni
bądź jeden z nas z Karmelem i puszką
swoisty koloryt
ostatnio pojawiły się spacery nocne
a podczas spacerów poznawani ludzie, uśmiechy, głaskanie, takie serdeczności
rzadkie, ale przez to tak miłe
niedziela, ta ostatnia
4 wesela i pogrzeb
może ktoś pamięta fragment wiersza z pogrzebu
niech policjant kieruje ruchem w czarnych rękawiczkach
wiedzielismy, że tak się musi stac
wszak życie jest chorobą śmiertelną
było bardzo źle z Nim
poniedziałkowa decyzja
dziś rano, lekarz, ostatnie tarmoszenie i przytulanie, puszyste futro pod palcami, spojrzenie w psie oczy, do momentu, kiedy zostały przykryte białym ręcznikiem
narkoza, nie zamyka oczu, nie chciałem, nie chcieliśmy widziec w nich pustki,
widziec życia, które odeszło
strzykawki
poczucie braku realności tego co się dzieje
potem biały całun, w nim gałązka darszanu
uciekaj moje serce w wykonaniu nosowskiej
bez dramatu, patosu
zwykła potrzeba tego, by było, tak dobrze, w porządku
potem cmentarz
snieg, zmarźnięta ziemia, światło
powrót do domu i myślenie o tym, że trzeba wyjśc na spacer, którego nie będzie...........
podejrzewam, że pisałem o tym kiedyś, jakiś czas temu
zapach, którego już nie ma tu, w sensie ogólnej dostępności, zaskoczył mnie latem, po wizycie u Pani stomatolog, która orzekła, że mam długie kanały, czego efektem okazało się ich niepełne wypełnienie, potam stan zapalny, etc
teraz jest równie ambitny Pan stomatolog, który za jeden z celi swej przestrzeni zawodowej obrał doprowadzenie do stanu porządku absolutnego obraz moich zębów
ale, to nie o tym
otóż, było to latem, biegnąc na autobus wstąpiłem do niesistniejącej dziś perfumerii, po to, by zażyc relaksu, swoją drogą, nie ma już masy miejsc,do których wchodziłem, ale każda przestrzeń, by życ musi się zmieniac, tylko te zmiany, zaskakują brakiem pozytywów, wiele rzeczy staje się nie takich, jakimi chciałoby się, żeby one były
to takie rozdmuchiwanie rzeczywistości, w której dane było uczestniczyc, dla innych tanie, niepotrzebne sentymenty
ale przejdźmy do meritum
perfumeria, której nie ma, czarny flakon w kształcie kamienia, a w nim kadzidlany zapach, który uwodzi, zamyka się oczy i znika
dookoła jest tajemniczosc, dekadencja, iluzoryczna czasoprzestrzeń, wysokie okna i sufity, ascetyczny, czysty orient widziany w czerni i bieli, desenie i kształty, do których się wraca, a których nie można nazwac i przywołac w czytelnej formie
surowe stare drewno, noc, ciche swiatło latarni, aksamitne ciemno
tak wspominam czarny kaszmir od donny karan
byc może go mitologizuje, przypisuje zbyt dużą liczbę atrybutów mi nie przysługujących
ale pamętam, że stałem oniemiały i uwiedziony
tylko raz spotkany zapach, podobnie było rok temu na koszykowej w wwie, jej obraz buduje do dziś, z całą premedytacją ubieram w magię, tego co niedzisiejsze, tworzę aurę głęboko schowanej wrażliwości, jaką zawsze chciałem i chę miec, tym razem to nie kaszmir, tylko cykl 5 świątyń, najbliższa ta marokańska
nie wiem skąd we mnie ta potrzeba, szukania i tworzenia niszowości, kreowania mitów, odniesień, w które czasem tylko ja wierze, uciekanie od snobizmu i pustej alternatywy, narażanie się na śmiesznośc i odstępstwo
nie upatruje tego w kategorii generowania własnej wyjątkowości czy niepowatarzalności
to bardziej ucieczka, od materii codzienności, zapchanych środków komunikacji, zmęczenia, chamstwa, udawania, szablonów, gombrowiczowskich gęb, melanży tożamościowych i wszelkich innych
to szukanie środku wyrazu dla tego co się czuje, próba przełożenia ulubionego dźwięku na zapach, szukanie czystego nocnego powietrza nocą w mieście, które sie kocha, lub próbuje pokochac
trcohę ciężkiego, pełnego pustych ulic, świateł latarni, oddychającego asfaltu, ciemnych okien i podświetlonych zabytków
rodzaj czystej esencjonalnej przyjemności, trwającej chwilę, egoistycznej, pozbawionej obiektywnego sensu
ucieczka od siebie, własnych demonów, fobii, stanów lękowych, frustracji, myślenia co będzie, a co mogło byc
czaem tego potrzeba
poczucia, że się zupełnie nie zgubiło, że coś się w sobie ma, coś co chce się miec, pomimo całego szaleństwa naokoło........
ostatnio ciągle chodzą mi po głowie tematy tożsamościowe
dochodząc do wniosku, że wszystko jest trudniejsze, niż mi się wydawało, zastanwiam się nad swoim poziomem rozwoju
pomijaj regres intelektualny, gdy przez rok, zrobiłem mało dla siebie, mało naukowo, bo skupianie się na czytaniu literatury, nie tyle pięknej, co codziennej do jakiegoś mocnego rozwoju mnie nie popycha
dlatego też teraz obiecałem sobie solenną poprawę, porwałem w dłonie książkę z zakresu tematyki, do której pragnę się zblizyc, ale zamiast ją namiętnie czytac, siedzę, słucham i myślę
a słucham, no właśnie
myslovitz, creed, bartosiewicz, fragmantarycznie josh groban
kawałki, przy których dołowałem się będąc neurotycznym studentem, pisząc kolejne opinie na zaliczenie
marzyłem wówczas o tym, że kiedyś mi się uda
że będę pisał, czytał, otoczony kadzidłami, lampionami, zapachem kawy
i tak od tych marzeń jestem coraz dalej
do dojrzałości też się nie zbliżam, nie wiem, czy jestem w jakimś późnym moratorium, czy stanie dezintegracji, tak naprawdę cholera jasna wie
ale jak slucham tych numerów, to jest tak, że się uśmiecham pod nosem, to było kilka lat temu
cynamonowy sklep mojej adolescencji-czyli levi's na kakowskim, pierwsze zapachy, w których się zakochiwałem bez opamiętania
strasznie śmieszny byłem w tym neurotyzmie, śmieszny i naiwny
za dużo mi się wydawało, za mocno marzyłem, za wiele się obcowałem
a teraz wcale nie czuję się dojrzalej, wraca mi sentyment do spodni o skręcanych szwch, w tym roku tej linni stuknie 10 lat, ciągle chodzi za mną dior homme, ale w wersji intensywnej, a na wiosnę marze o czerownych zamszowych campusach
nie wiem, czy to jakiś kryzys, czy próba oszukania tego co się dzieje, czy to jest takie gonienie marzeń, które stają się coraz bardziej nieosiągalne, próba zastąpienia ich fizycznymi emblematami
nie wiem, wiem, tylko to, że czuję się strasznie niedojrzały, a najgorsze jest chyba to, że tak za bardzo nie wiem, jak pokierowac, tym, na czym mi zależy
bo spotykam albo mur, albo ścianę, albo ....
to ostatnie albo pozostawię bez dopełnienia, bo tak będzie rozsądniej....
chodzi za mną butelkowa zieleń, biel i niebieski....
czasem dobrze na chwilę uciec w kolor
w zasadzie powinienem zrobic coś wzniosłego i pożytecznego w sensie obowiązków gospodarstwa domowego, zmmyc naczynia, przetrzec kurze, etc
wszak, dziś piątek, weekend pracuje, a mam takie utarte przekonanie o zasadności cotygodniowych porządków domowych
ale ma byc nie o moim przekonaniu
no ewentualnie powinienem wzniesc się na wyżyny intelektualne, za tydzien zjazd na uczelni, wypadałoby coś z siebie wygenerowac
ale tak siedze i ani nie mam ochoty n te porzadki, ani na te yżyny intelektualne
nie wiem, czy o stan skrajnej melancholii, depresji, handry jesiennej, czy czegoś innego, czego sobie nie jestem w stanie uzmysłowic
ogólnie z tym zjazdem to łączy mnie tendencja wybitengo unikania, nie wiem, ani weny we mnie, ani poczucia sensu, wzbdzic w sobie musze jakąś zasadną i logiczną motywacja, która porwie mnie niczym błyskawica, ku zdobywaniu przestrzeni mentalnych
ciągle pracuje nad tym, jak o zrobic, może tak po prostu siąśc z kawą i po prostu zaczaąc myślec...
najgorsze jest to takie moje poczucie braku sprastwa czegokolwiek
czuje, że bym chciał coś, nowego, innego, wartościowego, dobrego
a jak się rozejrze dookoła, to albo mur, albo ściana
taki kryzys wieku późnego młodzieńczego mnie dopadł
nierealizowane aspiracje i ambicje, potrzeby poznawcze i działania, które zawisły w niewiadomej, nieznanej nikomu czasoprzestrzeni
kłuje takie myślenie
prowokuje myślenie o sobie w kategoriach starej ropuchy, czy nietoperzycy, w kórej poza jadem, zgorzknieniem straconych dni, nie ma nic
nie wiem
czuje, że się cofam pozanwczo, myśleniowo, brakuje mi przestrzeni, horyzontu
a najgorszy jest ten brak motywacji by ich szukac
wiem, że nie jest tak, jakbym chciał, a w sumie nie robie nic
bo nie wiem, co mam zrobic
błędne koło
koło nie ma poczatku i konca, tak jest z moims tanem, coś pękło i nie widze końca tego pęknięcia
najłatwiej byłoby zrzucic to na jesienną handrę, wspomnianą wyżej
dziwne jest to wszystko
czasem jest trudno siebie samego poznac, to czy jest sie jeszcze sobą, czy kimś zupełnie innym
i jaki ten ktoś inny jest, taki jakim chciałem, żeby był, czy kims zupełnie niepożądanym....
tak sobie kiedyś pomyślałem, że dopóki zareagyuje dobze na bodźce, które mnie kształtowały, to jest we mnie coś z tego kim chciałbym byc
i nie mam na myśli fiksacji, tylko poczucie ciągłości z samym sobą....
to na tyle meandrów mego stanu psychicznego
tak pozatym to w eterze ciągle damien rice
a w piątkowe wieczory - lista niedżwieckiego, wszystko wtedy wydaje się takie normalne...
bardzo dziwnie jest pisac, bo długiej nieobecności
nie pamięam, jakie to jest uczucie
i pytanie czy mam co napisac, czy nie będzie to powtarzanie kolejnych, utartych neurotycznych sentencji, z których więcej niż połowa to pojęcia puste, desyganty bez jakiegokolwiek znaczenia
co u mnie, można by zapytac
w sobote kończy mi sie umowa, nie wiem, co dalej, bo w zasadzie nikt mi nic nie mówi, o tym czy będe, czy nie
niczego nie szukam, nie znalazłem prewencyjnie, bo też tak dziwnie, wiązac kogos, siebie i tworzyc kolejne sytuacje po barwie melanzu, w którym nikt nie wie o co tak naprawde chodzi, gdzie ich poczatek, a gdzie ich koniec
dużo takich melanży w mej wieżowej egzystencji
podobnie jak dużo groteski
pokory uczy mnie dorosłe życie, nie jest jakieś aż mocno dramtyczne
ale nie jest też łatwe
w zasadzie trudno określi jednoznacznie jakie jest
melanż - tradycyjnie
zdaje sobie sprawę z tego, że się powtarzam
ostatnio chyba coraz częsciej i coraz mniej mnie dziwi, a może coraz więcej i powtarzam sobie, w ramach mechanizmu obronnego, jakim jest racjonalizacja, że coraz mniej
i coraz częściej wydaje mi się, że za wiele ze mnie nie będzie
nie wiem, takie mam myśli, niepokładane
porządku mi brakuje definitywnie, w sobie
zacznę chyba od szafy, w niej też go brakuje i moze to się jakloś ekstrapoluje na mnie
a może jest tak, że zbyt krytycznie siebie oceniam, a może jednak za mało
już sam nie wiem
wiem, to, że robię za mało, za mało pisze, czytam, za mało żyje
za dużo mnie jest w próżni, tej mentalnej i życiowej
zdecydowanie za dużo
chcę z tym skończyc, z tym co jest niepotrzebne
ze zbyt długim spaniem, ciągłym zmęczeniem, na wpółoddychaniem
chcę, potrzebuje większej pełni
nie da mi jej nikt, dopóki sam sobie jej nie dam, wiem
wiem, a gubię tego świadomośc
wkurza mnie to, męczy, szarpie i żre od środka
definitywny koniec z tym
porządki we mnie i w szafie
koniec odkładania
ale nie teraz w nocy, cobym nie zbudził domowników
porzadki jutro z rana, po spacerze z psem, co się Karmel nazywa
noc
marze o nocy nad morzem, o falach, piasku, o butelce wina, miłości obok i świetle co łąmie się w wodzie
marze o przestrzeni dookoła i niczym więcej
chociaż na chwilę
o ciszy, mąconej tylko przez fale
o odpoczynku
od siebie i tego czego w sobie nie lubie
a jest tego masa
chciałbym móc to z siebie wyrzucic i zutylizowac
tak żeby już do mnie nie wróciło
a tymczasem
tymczasem
jest damien rice w dźwięku
jest noc...
rozbijanie się o siebie, własne myśli, i próby bycia dorosłym
kiedy nim zacznę byc...
wczorajszy wieczór, po wyjściu z pracy
krakowskie przedmieście
kościół Świętego Krzyża
fotografia i grób
urzekła
jes we mnie, w pamieci
czarno - biała, dość oczywista symbolika, melancholijna
niekonieczniw yszukana i oryginalna
ale mnie uderzyła, została i jest
nie jestem specjalnie uduchowony, ani religijny, nigdy nie byłem i pewnie nie będę
mam swoje demony, one nie krzywdzą innych, zabijają mnie, każdy je ma, a może nie każdy, może niektórzy nie mają
one czasem spadają, i potem jest smutek
że znowu, że dlaczego
tak jest
ale ten wczorajszy wieczór
zdjeciegrobu z 1945 roku, zburzona nawa, z tyłu drewniany krzyż
świece
i ten zapach w kościele
stare drewno, płyn do czyszczenia posadzki i kadzidła
dla niektórych zbyt mocno zwykłe, zby mocno naciągane
ale to w kontekście chłodnej nocy
kontrast, strasznie przepadam za kontrastami, ostatnio, podobnie jak za deseniem
w tym jest pokora, skrucha, w tym jest żal
jest potencjalne katharsis, którego czasem potrzebujemy
jest siła, która pozwala wierzyć...
nie chce, żeby to miało kształt patosu i siliło się na metarefleksje
czasem zwyczajnie spada grad myśli, myśli i demonów
i stad te rozważania
chaotyczne, dziwne, nieposkładane
czasem po prostu tak chyba jest, nie wiem skąd, nie wiem dlaczego....
ale ten wieczór, to przede wszystkim bliskość tego, kogo kocham
to taki pierwszy wieczór, pierwsze przezywanie tego co się działo
to dla mnie bardzo ważne
chciałbym, żeby się to we mnie osadziło i już pozostało
paięc fotografii i bliskości
i znaczenie tego wszystkiego...
moje znaczenie...
a na koniec, to co mnie uderzyło, spokojnie, po przemyśleniu, ale uderzyło
cytat ze schodó do grobu w kościele akademickim
przez życie do życia
chciałbym umieć tak żyć
i wierzyć
a przy tym kochać
bo kochanie to wiara i życie
tak mi się wyaje
i na koniec życzenia
Świąt, które stają się tym czasem, którego potrzebujemy i które prowokują do tego co jest ważne, do myślenie o tym, co jest ważne
w zasadzie nigdy nie jest za późno
na życie do życia...
przerpaszam za patos....
jest tak, często tak jest, że cos trwa obok mnie, we mnie, w tym co się dzieje i co jest dookoła mnie a ja tego nie widzę, nie czuje, w zasadzie widzę tylko nie zauważam, w zasadzie widzę i nie jednocześnie, po prostu spostrzegam, zaraz wyrzucam i tego nie ma w bezpośrednim dostepnym mi horyzoncie
i w pewnym momencie to mnie uderza i staje się czymś kardynalnym, pryzmatem przez który patrzę, aspektem, który dyktuje to jak mam patrzeć i rozumieć
to takie dojrzewanie, zbieranie doświadczeń, ich gromadzenie, bezwiedne, dziejące się niezależnie, takjaky poza
i kiedy dojrzewa, wybucha
tak jest z deseniem
zawsze kręciła mnie czysta forma, czysta materia, a teraz deseń
w przestrzeni, w zapachu
fascynacja nim, jego kolorem, wonią
zaczęło sie od starej tapety w jednej z praskich kamienic, potem zdarzyła się kamienica przy Foksal, jeszcze potem orient w materii krawatu i szalika, wreszcie zapach, Armani Prive i Jesus del Pozo
i to jest magia, te wszystkie stany, rodzaj uniesień estetycznych w towarzystwie beztroskiej muzyki Panów z Buena Vista Social Club i emocjonalnym Damienie Rice tak mnie budują na teraz
cos zmieniają, wyobraźnia staje się inna
nie rodzi się na nowo, nie odcina od tego co było, jest zwyczajnie inna
ten deseń lubię zderzać z przestrzenią, czystą, nigdy płaską, z jasną linia i gładką barwą, z czymś w rodzaju Kenzo Power, lubie mieszac te dwa porządki, przeplatać je, bawić się nimi
lubie ten estetyczny stan fusion
to chyba takie dojrzewanie, dojrzewanie mnie i decydowanie się na to kim jestem i kim chcę być
oswajanie się z sobai z tym, że czas da się zamknąć, mój czas i ten, który ucieka jest nie do odzyskania
budowanie przekonań o sobie, pozbywanie się złudzeń i iluzji, a może uświadamianie sobie, że niektóre z planów na zawsze pozostaną fikcja i iluzją
konfrontacja z tym bywa trudna
czuję, że jest potrzebna
a w tym wszystkim deseń, jego poszukiwania i pragnienia
dzielenie sie nim, opoawiadanie i przekazywanie jego znaczeń
intymne, czułe, szeptane i krzyczane
wtedy dopiero deseń jest deseniem, wtedy dopiero to zaczyna istnieć, w tym dzieleniu się...
poniedziałek, 22 marca 2010
Licznik odwiedzin: 29850
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
ja
czasem pogubiony a czasem poukładany
ja samotnik
zawieszony pomiędzy światem marzeń, zapachów, kolorów i wyobraźni a światem rzeczywistym, codziennym
ale w swej codzienności niezwykłym
wreszcie ja podróżujacy po konstelacji swych wcieleń, myśli, obrazów
Moja wieża melancholii
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: