Zwariowany, wolny dzień
Marzę o spacerze, a jest po pierwsze za późno, po drugie mi się nie chce, a po trzecie jest zimno
Totalnie dziwaczeje, albo już sam nie potrafię określić tego, czego chcę, a czego nie
Nie wiem czego symptomem to jest, ale chyba nie równowagi intelektualnej
Ostatni czas jest chyba tym czego chcę, a mam ciągle albo doła, albo melanż, albo najchętniej to bym zamknął oczy i biegł przed siebie
Nie wiem, czy to jesień, czy listopad, czy wreszcie to, że nie mogę się odnaleźć tak jakbym chciał
Zmęczony jestem samym sobą najgorzej i mocno
Są we mnie słowa, których nie mogę, a może nie potrafię wydusić
Dźwięki, których szukam i nie mogę znaleźć
Takie, które oddadzą stany mi bliskie i najczęstsze
Nie jest to problem, tak tego nie traktuję, czasem tylko chciałbym się zatopić miękko w słowach, których ktoś śpiewa, muzyce, która płynie, zamknąć oczy i na chwilę przestać być
Nie wiem, czy to ja zafiksowałem się, na jakimś dziwnym etapie rozwoju emocjonalnego
Tak dawno mną nic nie rzuciło muzycznie, tak żebym biegł i tego szukał, żeby oddawało to kim jestem, kim chcę
Jest w tym coś infantylnego i tak dziwnego dla faceta, który ma 27 lat
Nie lubię tego niedosytu i irytuje mnie on
Potrzebuję autentycznych, brudnych fraz muzycznych, które oddadzą bałagan myśli i uczuć, zgubić się w nich, które pachną jak sandałowiec, najlepiej słucha się ich nocą, a kiedy trwają nie ma nic poza nimi
Marzę o Sopocie
Teraz, kiedy nie ma tam ludzi
O pokoju z wysokimi oknami, wielkim łóżku i zachodzącym słońcu
O spacerach pomiędzy starymi willami i nagimi drzewami
I dźwięku, który szedłby ze mną, gubił się, towarzyszył, podkręcał wszystko to, co czuję, nazywał
Nie wiem skąd się to we mnie bierze i dlaczego
Czemu po prostu nie mogę tak być jakoś rozsądnie i poukładanie, czysto, puszyście i przyjemnie, tylko ciągle mam w głowie ten bałagan, który mnie nakręca, ale jednocześnie nie daje spokoju
Ja nie wiem za czym tęsknie i po co
Zdecydowanie łatwiej jest po prostu być
Nie znoszę dramatyzowania i wszelkich uduchowień
Po prosu ten dźwięk, o deseniu, który mnie uwiedzie i w którym zapomnę o sobie
Do tego wysokie okna i Sopot
A może to tylko wymówka i ucieczka przed czymś, co tak naprawdę nie istnieje, a ja sobie to roję
Czuję się trochę jak dziecko
Nie robiłem tego tak dawno, tak cholernie dawno
Dziwne uczucie
Jestem u rodziców, w głośnikach Kings of Leon
Niby jestem tak daleko od tego, co było, ale bardzo blisko – patrzę na siebie i się uśmiecham
Jest we mnie tyle słów, znaczeń, barw, dźwięków
Czuję się, jakbym nie widział się z samym sobą od ostatniego wpisu, chciałbym, sobie wszystko przekazać, poukładać, opowiedzieć
W ogóle nie wiem, od czego zacząć
Bałem się, że nie będę potrafił, że jestem zbyt daleko i już nie wrócę
Zgubiłem tyle ważnych spraw, gdzieś po drodze, nie wiem, czy chcę ich szukać, może jest tak, że będą nowe, a może jestem zmęczony szukaniem
Na nowo, a tak naprawdę ciągle tego samego
Definiowanie siebie pośród, ulic, sklepowych witryn, pustych i pełnych parków, wypitych kaw i tych, których nigdy nie wypiję
Uzupełnianie, skreślanie jednych imago, kosztem tworzenia kolejnych i nie wiem, co, z których wynika, dlaczego jest tak, a nie inaczej
Nie wiem tylu rzeczy
Czuje, że mam w głowie okrutne ADHD myśli
Nie chcę zamknąć budowania siebie, a czasem nie starcza mi sił, na to by być kimkolwiek
Jest we mnie tyle barier, ciągle tych samych, a może na nowo budowanych
Pielęgnowanych z pietyzmem manieryzmów
Neurotyzmów, które celebruję i puszę się nimi
To idiotyczne, a nie potrafię, może nie chce inaczej
Zaczynam wiedzieć, kim nie mam szans być i nigdy nie będę
Grzebie te myśli, czy jest mi smutno, nie wiem, przyjmuję do wiadomości
Może zbyt dużo obrywam od ludzi, od siebie
Łapię się na tym, że ciągle kocham iluzje i wyobrażenia – to jest bardzo niezdrowe
Nie wiem, czy się poukładam kiedykolwiek
Zaczynają się długie wieczory
Zakochałem się w zapachu sandałowca
Kuszą mnie sosnowe zielenie, purpura i odcienie złota
Napadają na mnie desenie
A drugiej strony kręci mnie rodzaj estetycznej ascezy
Ciekawe, kiedy tu wrócę
W pisaniu jest tyle przestrzeni
Chcę do tego wrócić
Tak na przekór nie wiem, czemu
Nie ucieczkowo, ani nie w formie manifestu
Swoisty ekshibicjonizm w zakresie własnej higieny myśli
Może wtedy znajdę więcej….
całe wieki nie pisałem, nawet nie wiem, czy jeszcze potrafię
bardzo dużo zmian, tych na zewnątrz, trochę tych wewnątrz
zawsze dziwnie jest wrócic do czegoś, czego bardzo dawno się nie robiło
zawsze jak piszę boje się, że zabraknie mi słów, że znikną, a ja ich nie znajdę
okrutne uczucie
sam nie wiem, od czego zacząc, tak by się ułożyc sam z sobą, tu i teraz
może od tego, że pęka mi głowa, ból rozsadza płaty czołowe, powiniem pójśc spac, zapaliłem kadzidło, chcę pobyc z zapachem i zgaszonym światłem, tak rzadko mi się to zdarza
jeszcze dźwięk
ostatnio maniacko pielęgnuję zmysły, nie wiem z czego to wynika, kradnę wszytskie wrażenia, bardzo zachłannie, nie chcę niczego ominąc
uwielbiam noc, tę bez bólu i bezsenności, tę z dźwiękami, czy to ludzi, czy miasta, czy słów
najbardziej te chłodne jesienne, wtedy jest tyle przestrzeni na zapach, vetiver, czy irys pachnie wówczas jak nigdy
zimą chcę zgubic się w ciepłym zapachu na mojej skórze
tak zeby tylko był on
słucham Jandy, na zakręcie
ile trzeba miec siły, by udzwignąc takie życie, te wszystkie strofy i nuty
ile w tym wszystkim jest mnie, wyautowanie, bycia poza wszelką przyjetą normą, schematem, czy wzorem, tak uparcie i cudownie realizowanym przez znajomych, kiedyś zbuntowanych, a teraz przykładnie grających role narzeczonych, czy małżonków
już nie mam siły do wysłuchiwania opowieści o mieszkaniach, ślubac i kolacyjkach
nie, to nie zazdrośc
tylko zmęczenie
tymi słowami, tą młodzieńczą dumą, groteską przyrządzania konfitur i zdjęc ślubnych w plenerze, studio i gdzieś jeszcze
a ja marzę o autonomii, o tym, byc uciec od tego zgiełku zdjęc, historii i oglądania mieszkań
nigdy nie lubiłem szablonów, podobnie jak bezwartościowego buntu, udawanej oryginalnosci, czy udawania samego, jako takiego
męczy mnie to, prowokuje twarde migreny i odruchy wymiotne
duszę się w tym
uwielbiam przestrzeń, zmysły, prawdziwosc, niedoskonałosc
nie wiem z czego to wynika
neurotyzm, nadwrazliwosc, niedojrzałosc
to nie jest chęc bycia poza, czy ponad
ja po prostu inaczej nie potrafię
czuję, że nie umiem i dam rady
mogę tylko tak, jak jest, z całym bagażem zaimkiem/przyimkiem "poza", z całymi jego konsekwencjami, dziwnymi uśmiechami i niepewnością
nie wiem, czy to właściwe, czy nie gubię siebie całkiem
bo ja jestem na zakręcie, takim swoim, od dawna, od zawsze, bo ja nie wiem tak naprawdę czemu to wszystko służy i dokąd zmierza
nie wiem, czy chcę wiedziec
a co wiem, że kocham, że chcę kochac szeptem i krzykiem, że chce karmic zmysły i siebie, że chcę realizowac to kim jestem
i co z tego, że jestem poza, nigdy pewnie nie będę z
nie dlatego, że nie lubię słowa asymilacja, grupa, otoczenie
nie dlatego, że jestem wykrzywionym nastolatkiem w wieku młodego dorosłego
a dlaczego
bo na dzień dzisiejszy i wczorajszy nie potrafię inaczej
a, że jest trudno, chyba wolę to, niż pozy i rzeźby porządności, układności i bycie tym, kim nie chcę
ciągle nie wiem, kim tak naprawdę chcę
nuty irysa i kakao, zapch chyba doskonały, nie chyba, na teraz doskonały
....
czasem wydaje mi się, że życie to film, nie na zasadzie tego, że dzieje się, aż tyle, az tak pełno, kolorowo i w ogóle zmysłowo, tylko bardziej na tej zasadzie, że czuje, jakby ktoś na mnie patrzył
nie wiem, czy ktoś kojarzy takie momenty, kiedy bohater jest sam z sobą, jedzie autobusem, tramwajem, wbija wzrok w szybę, lub wstukuje kolejne słowa na klawiaturze, a my jakby z nim jesteśmy, nie mówiąc nic znamy jego myśli, a wszytskiemu towarzyszy odpowiedni podkład dźwiękowy
co do dźwięku, to tego mi coraz bardziej brakuje, siedząc dziś na balkonie i myśląc, jak często ostatnio o niczym, doszedłem do wniosku, że poznam że nadal jestem sobą, jeśli na tekst, czy dźwięk płynący z myslovitz zareaguję emocjonalnie, taki mam dziwny rdzeń tożsamości
teraz dominuje rice, mam chyba takie etapy tego, według czego siebie definiuję, im zawsze towarzyszy zapach, dawniej, gdzieś na poczatku, emporio, przez które chyba więkdzośc przechodzi, potem było dark blue, potem guerlain i taki w sumie niebyt może osobisty
wreszcie pojawił się YSL, a teraz tak coraz bardziej świadomie szukam i zapachu i dźwięku, coraz mocniej miłuję klasykę, ale tę alternatywną, i tak fascynacja dior homme łamana jest kenzo power eau de cologne
fascynacja, nie zawsze jest tożsama z uwłaszaczaniem flakonu, czasem, a nwet czesto to miłośc na odległośc bez wzajemności bytowania razem na skórze, te finanse zawsze były u mnie tak w obszarze dekonstrukcji, większej, mniejszej, ale jednak dekonstrukcji
ala nie o tym, nie dziś
powracajac do tego watku bycia bohaterem
to siedzę w t - shircie, powyciąganym szlafroku, popijam zimną karmelową herbate, darszan już zgasł, słucham coldplay, za chwilę purple rain i myślę o czasie ostatnim
świętach, znajomych niewidzianych dobre kilka miesięcy i w zasadzie u większości to wszytsko jest tak niezasłane, niepoukładane, ale chyba mimo wszystko bardziej poskładane niż u mnie
a tu pierwsze akordy purple rain
łza w oku, tego mi było trzeba
wracajac do niezasłania
i tych tytułowych krzywizn
czasem mam wrażenie, że ta moja w załozeniu świadoma krzywizna, to jeden wilelki spontan, który biegnie a ja go gonię, rzadko doganiam, nie wiem ku czemu zmierzam, ale mknę na oślep, aż rozbije się na jakimś niezrealizowanym marzeniu, czy imago, po to by zgubic się w kolejnej iluzji, że jednak bedzie dobrze
okrutnie boję się przyszłości, nie potrafię sie ułożyc, ani skupic
wszytsko wymyka mi się z rąk, przecieka przez palce, a ja zostaję pośrodku życia, które bardziej jest niebytem niż czymkolwiek
zaniedbałem się, wkurza mnie to, tak mentalnie i osobowościowo, ciągle myśle o tym samo, za mało o czyms alternatywnym, za mało szukam, a czuję, że robię tylko to
nie jestem w wieku na moratorium, bardziej na weryfikację, tego, co założyłem jakies dwa lata temu, o ile cokolwiek założyłem
chyba popracuję nad budowaniem autonomii, już nie wieżey z waskimi oknami, ta jest we mnie zawsze, ale racjonalnej autonomii z poczuciem siebie i swego Ja, jakie by ono nie było, a jest coraz dalsze od ideału
brakuje mi samodyscypliny i zaparcia, pasji i tego czegoś, co by mnie tak ciągneło ku jakiemukolwiek rozwojowi
tym czego boję się najbardziej jest to, że zgubię siebie, życie i w ogóle wszytsko to, kim jestem i na czym mi zależało
tak mi brakuje pisania, jakbym miła butelkę wina, jutro day off, to pewnie siedzialbym i pisał coraz mniej sensownie, a coraz bardziej zgorzkniale, nie wiem co się, ze mną dzieje
gdzie jestem, gdzie chcę byc, a gdzie nie
skupię się na tej autonomii, na tym budowaniu niezależności, wytyczeniu granic gdzie ja to jeszcze ja, a gdzie już nie
na koniec powiem tak, esteycznie bliski mi Tom Ford, obok fioletu stawiam odcienie mięty, czaeem koralu i szarości, kezno power eau de cologne uwodzi mnie coraz bardziej
nocą pachnie sczególnie
wtedy gubię się pomiędzy światłami latarni, kostką brukową, zapalonymi witrynami i spokojnym oddechem miasta, z niepokojem czekając na dzień......
a co do krzywizn, pewnie kolejnym razem uda mi się napisac więcej, one są, pewnie zawsze były i będa częscię tego kim jestem, tak czuję
trudno jest napisac coś, kiedy wieki się tego nie robiło
z jednej strony jest masa słów i zdań, które siedzą we mnie, z drugiej to tak jakbym się ich bał, nie rozumiał
a rozumiem coraz mniej, siebie, to czego oczekuje, to czego chce
źle mi z sobą, z tym jaki jestem, coraz mniej zresztą wiem jaki, może już przestaję byc, nie wiem
a może po prostu powinienem siąśc z butelką wina, na małym balkonie wiosenną nocą, zapuścic damiena rice'a, porządnie się upic i na chwilę zapomniec o sobie, o tym kim jestem, kim nie, kim chce byc, a kim nie
a może odwrotnie skonfrontowac się wreszcie, tak intensywnie, agresywnie ze swoimi demonami i tym wszytskim co we mnie siedzi
cholerny niepokój, czuję się tak jakbym nie miał żadnych korzeni, jakbym nie był u siebie nigdzie, nie wiem skąd to we mnie
palące uczucie pozbawienia rodzaju przystani
brakuje mi morza, szumu fal, piasku, zachodów słońca, może tego, że tam nie ma nic, poza doraźnymi rozwiązaniami, może dlatego, że tam uciekam od tego, od czego nie powinienem
nie można ciągle uciekac
przed sobą, odpowiedzialnością, wyborami, niespełnianymi planami, frustracjami, wizją siebie, która ląduje w niebycie
okrutnie dziwny czas
czasem znikam w nowej odsłonie Hermesa, czy Cartierze Sporcie
wtedy mnie nie ma, są tylko zmysły, zamykam oczy i znikam, przestaję byc, wtedy wszytsko jes takie ładne, proste, żywe, pełne, wtedy wszystko, jest takie inne
czuję, że zamykam się w sobie, coraz mocniej, bardziej
boję sie dotyku, oddechu, chcę ludzi dookoła siebie, a coraz częściej uciekam na balkon, w noc, w zapach
coraz mniej mnie we mnie, coraz trudniej mi wszytsko rozumiec
czemu tak jest, czemu mam coraz węższe granice, czemu zazębiam się w sobie, obojętnieje, przestaję byc
tak mi dziwnie trudno
w tym wszystkim najgorsze jest uczucie, że ranię innych, uciekam, nie pozwalam się dotknąc, budeuje mury, stawiam granice, tłumie wszystko
pozostaje zapach i rice
nie chcę tylko tego
nie chcę tak
chcę nauczyc się bliskości i autonomii, chce przestac ranic, chcę zaczac byc tym kim zawsze chciałem i chce
chyba poczytam Różewicza
tymczasem, zanurzam się w kadrach z niezasłanych łóżek...
pisząc to narażam się a w zasadzie dokonuje świadomego ekshibicjonizmu, czasem tak trzeba
myśli lepiej przelac na ekran, bo wyczerpał się głos
w sumie bloog, to jakaś forma intymności
zaczęło się rok temu
w mieszkaniu niespodziewanie, pojawił się On
czworonożny, wyniszczony, zagłozony mężczyzna
nadaliśmy mu na imię Karmel, bo taką miał miejscami sierśc;
w tym, co pisze najbardziej boli czas przeszły
okazał się byc około 15 nastoletnim seniorem
prawdopodobnie bitym, pozostawionym samemu sobie, ze zjedzonymi zębami, problemami skórnymi
przybył i zagościł
czas wspólnej egzystencji nie był łatwy
poranne spacery, zimą, latem, deszczem, mrozem, pluchą
nie raz wstawałem wkuzrony, idąc zaspany z rozczochranym włosem klnąc wszytsko dookoła
przyznaje szczerze
swoistym urozmaiceniem spacerów, tych porannych i dniowych było sprzątanie korytarzy i windy, bo Karmel, tak nie zawsze mógł nie nasikac
w końcu wpadliśmy na patent z puszką, którą mu podstawialiśmy
spaceroewaliśmy więc we czwórkę, lub trójkę
obaj z Karmelem i puszką w dłoni
bądź jeden z nas z Karmelem i puszką
swoisty koloryt
ostatnio pojawiły się spacery nocne
a podczas spacerów poznawani ludzie, uśmiechy, głaskanie, takie serdeczności
rzadkie, ale przez to tak miłe
niedziela, ta ostatnia
4 wesela i pogrzeb
może ktoś pamięta fragment wiersza z pogrzebu
niech policjant kieruje ruchem w czarnych rękawiczkach
wiedzielismy, że tak się musi stac
wszak życie jest chorobą śmiertelną
było bardzo źle z Nim
poniedziałkowa decyzja
dziś rano, lekarz, ostatnie tarmoszenie i przytulanie, puszyste futro pod palcami, spojrzenie w psie oczy, do momentu, kiedy zostały przykryte białym ręcznikiem
narkoza, nie zamyka oczu, nie chciałem, nie chcieliśmy widziec w nich pustki,
widziec życia, które odeszło
strzykawki
poczucie braku realności tego co się dzieje
potem biały całun, w nim gałązka darszanu
uciekaj moje serce w wykonaniu nosowskiej
bez dramatu, patosu
zwykła potrzeba tego, by było, tak dobrze, w porządku
potem cmentarz
snieg, zmarźnięta ziemia, światło
powrót do domu i myślenie o tym, że trzeba wyjśc na spacer, którego nie będzie...........
podejrzewam, że pisałem o tym kiedyś, jakiś czas temu
zapach, którego już nie ma tu, w sensie ogólnej dostępności, zaskoczył mnie latem, po wizycie u Pani stomatolog, która orzekła, że mam długie kanały, czego efektem okazało się ich niepełne wypełnienie, potam stan zapalny, etc
teraz jest równie ambitny Pan stomatolog, który za jeden z celi swej przestrzeni zawodowej obrał doprowadzenie do stanu porządku absolutnego obraz moich zębów
ale, to nie o tym
otóż, było to latem, biegnąc na autobus wstąpiłem do niesistniejącej dziś perfumerii, po to, by zażyc relaksu, swoją drogą, nie ma już masy miejsc,do których wchodziłem, ale każda przestrzeń, by życ musi się zmieniac, tylko te zmiany, zaskakują brakiem pozytywów, wiele rzeczy staje się nie takich, jakimi chciałoby się, żeby one były
to takie rozdmuchiwanie rzeczywistości, w której dane było uczestniczyc, dla innych tanie, niepotrzebne sentymenty
ale przejdźmy do meritum
perfumeria, której nie ma, czarny flakon w kształcie kamienia, a w nim kadzidlany zapach, który uwodzi, zamyka się oczy i znika
dookoła jest tajemniczosc, dekadencja, iluzoryczna czasoprzestrzeń, wysokie okna i sufity, ascetyczny, czysty orient widziany w czerni i bieli, desenie i kształty, do których się wraca, a których nie można nazwac i przywołac w czytelnej formie
surowe stare drewno, noc, ciche swiatło latarni, aksamitne ciemno
tak wspominam czarny kaszmir od donny karan
byc może go mitologizuje, przypisuje zbyt dużą liczbę atrybutów mi nie przysługujących
ale pamętam, że stałem oniemiały i uwiedziony
tylko raz spotkany zapach, podobnie było rok temu na koszykowej w wwie, jej obraz buduje do dziś, z całą premedytacją ubieram w magię, tego co niedzisiejsze, tworzę aurę głęboko schowanej wrażliwości, jaką zawsze chciałem i chę miec, tym razem to nie kaszmir, tylko cykl 5 świątyń, najbliższa ta marokańska
nie wiem skąd we mnie ta potrzeba, szukania i tworzenia niszowości, kreowania mitów, odniesień, w które czasem tylko ja wierze, uciekanie od snobizmu i pustej alternatywy, narażanie się na śmiesznośc i odstępstwo
nie upatruje tego w kategorii generowania własnej wyjątkowości czy niepowatarzalności
to bardziej ucieczka, od materii codzienności, zapchanych środków komunikacji, zmęczenia, chamstwa, udawania, szablonów, gombrowiczowskich gęb, melanży tożamościowych i wszelkich innych
to szukanie środku wyrazu dla tego co się czuje, próba przełożenia ulubionego dźwięku na zapach, szukanie czystego nocnego powietrza nocą w mieście, które sie kocha, lub próbuje pokochac
trcohę ciężkiego, pełnego pustych ulic, świateł latarni, oddychającego asfaltu, ciemnych okien i podświetlonych zabytków
rodzaj czystej esencjonalnej przyjemności, trwającej chwilę, egoistycznej, pozbawionej obiektywnego sensu
ucieczka od siebie, własnych demonów, fobii, stanów lękowych, frustracji, myślenia co będzie, a co mogło byc
czaem tego potrzeba
poczucia, że się zupełnie nie zgubiło, że coś się w sobie ma, coś co chce się miec, pomimo całego szaleństwa naokoło........
ostatnio ciągle chodzą mi po głowie tematy tożsamościowe
dochodząc do wniosku, że wszystko jest trudniejsze, niż mi się wydawało, zastanwiam się nad swoim poziomem rozwoju
pomijaj regres intelektualny, gdy przez rok, zrobiłem mało dla siebie, mało naukowo, bo skupianie się na czytaniu literatury, nie tyle pięknej, co codziennej do jakiegoś mocnego rozwoju mnie nie popycha
dlatego też teraz obiecałem sobie solenną poprawę, porwałem w dłonie książkę z zakresu tematyki, do której pragnę się zblizyc, ale zamiast ją namiętnie czytac, siedzę, słucham i myślę
a słucham, no właśnie
myslovitz, creed, bartosiewicz, fragmantarycznie josh groban
kawałki, przy których dołowałem się będąc neurotycznym studentem, pisząc kolejne opinie na zaliczenie
marzyłem wówczas o tym, że kiedyś mi się uda
że będę pisał, czytał, otoczony kadzidłami, lampionami, zapachem kawy
i tak od tych marzeń jestem coraz dalej
do dojrzałości też się nie zbliżam, nie wiem, czy jestem w jakimś późnym moratorium, czy stanie dezintegracji, tak naprawdę cholera jasna wie
ale jak slucham tych numerów, to jest tak, że się uśmiecham pod nosem, to było kilka lat temu
cynamonowy sklep mojej adolescencji-czyli levi's na kakowskim, pierwsze zapachy, w których się zakochiwałem bez opamiętania
strasznie śmieszny byłem w tym neurotyzmie, śmieszny i naiwny
za dużo mi się wydawało, za mocno marzyłem, za wiele się obcowałem
a teraz wcale nie czuję się dojrzalej, wraca mi sentyment do spodni o skręcanych szwch, w tym roku tej linni stuknie 10 lat, ciągle chodzi za mną dior homme, ale w wersji intensywnej, a na wiosnę marze o czerownych zamszowych campusach
nie wiem, czy to jakiś kryzys, czy próba oszukania tego co się dzieje, czy to jest takie gonienie marzeń, które stają się coraz bardziej nieosiągalne, próba zastąpienia ich fizycznymi emblematami
nie wiem, wiem, tylko to, że czuję się strasznie niedojrzały, a najgorsze jest chyba to, że tak za bardzo nie wiem, jak pokierowac, tym, na czym mi zależy
bo spotykam albo mur, albo ścianę, albo ....
to ostatnie albo pozostawię bez dopełnienia, bo tak będzie rozsądniej....
chodzi za mną butelkowa zieleń, biel i niebieski....
czasem dobrze na chwilę uciec w kolor
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 39 596 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
ja
czasem pogubiony a czasem poukładany
ja samotnik
zawieszony pomiędzy światem marzeń, zapachów, kolorów i wyobraźni a światem rzeczywistym, codziennym
ale w swej codzienności niezwykłym
wreszcie ja podróżujacy po konstelacji swych wcieleń, myśli, obrazów
Moja wieża melancholii
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: